Niefortunne stanowisko

Z troską o uniwersytecki Wydział Medyczny.

Od powstania województwa  rzeszowskiego (obecne podkarpackie) śnimy o jego  potędze,  jednocześnie  drżąc  o  jego  istnienie.  Memento landyzacji,  czyli  powstania  około  ośmiu  mocnych  regionów administracyjnych co rusz straszy. Zdajemy sobie sprawę, że nie jesteśmy województwem  o  dużym  znaczeniu  w  kraju.  Po  prostu do sąsiednich przeniesiono z Rzeszowa  wiele  agend  i  instytucji  o  ważnym  znaczeniu i oddziaływaniu, albo też u nas nigdy takich  instytucji  nie  było.  Jedyną  naszą  wyjątkowością  jest  fakt,  że  tylko  na  Podkarpaciu  na  szczeblu  wojewódzkim  rządzi  Prawo  i Sprawiedliwość poprzez marszałka i sejmik.

W  podwyższaniu  rangi  naszego  województwa  sukcesem  było  powołanie  Uniwersytetu   Rzeszowskiego.   Teraz  należy  tylko dbać o należyty poziom naukowy i prestiż tej uczelni. Wielowątkowa to praca wymagająca świetnej kadry naukowej i dużych nakładów. Nie  bez  znaczenia  jest  odpowiedni  klimat  wokół  spraw  uniwersytetu,  czyli  stosunek  władz  regionu  –  skomplikowane  sprzężenie  zwrotne  budujące  markę  uniwersytetu.  Najbardziej  pożądanym  dzieckiem  Uniwersytetu Rzeszowskiego stał się Wydział Medyczny. A  jak  pięknie  nazywa  się  nasz  uniwersytet!  Prawie  wszystko  w  Rzeszowie  jest  podkarpackie,  a  ta  uczelnia  sławi  miasto  Rzeszów  w swojej nazwie. Choć w chwili powstawania chciano  jej  przydać  miano  „podkarpacki”,  albo zupełnie absurdalne „bieszczadzki”.

Geneza  wydziału kształcącego   m.in.   lekarzy  jest  długa  i  może  być  przedmiotem  odpowiedniego     opracowania.     Powołanie     Wydziału   Medycznego   na   Uniwersytecie   Rzeszowskim to sukces spotykający się w regionie   z   bezkrytycznym   uznaniem.   Nikt   nawet  nie  pokusił  się  o  jakąkolwiek  uszczypliwą uwagę na ten temat. Brak także głosów krytycznych  co  do  funkcjonowania  całego  NIEFORTUNNE STANOWISKOZ troską o uniwersytecki Wydział Medyczny uniwersytetu. Jakoś także brak takich wobec innych różnych szkół wyższych w województwie. A szkoda! Dlaczego? Bo przecież nasze dzieci,  znajomi  tam  studiują  i  nie  wypada  urazić ludzi nauki. Utrwalany jest od lat podziw dla środowiska akademickiego.

Nie  będę  odnosił  się  do  prywatnych  szkół   wyższych,   które   w   nazwie   powinny   mieć  wyartykułowanych  właścicieli,  gdyż  są  to  instytucje  komercyjne.  Pierwszym  obiektem  architektonicznym  dla  potrzeb  medycznych   uniwersytetu   jest   budynek   Zakładu   Nauk  o  Człowieku,  czyli  anatomii  albo  patomorfologii  przy  ul.  Leszka  Czarnego,  na  obrzeżu   obiektów   Szpitala   Wojewódzkiego   nr 2. Trudno od tego brzydkiego obiektu oderwać wzrok. Wizja projektanta, zaaprobowana  przez  władze  uniwersytetu,  jest  zapewne  chroniona   prawem   autorskim,   czyli   jakakolwiek  przebudowa  będzie  niemożliwa.  To  taki „szkieletorbis”,  nawiązując  do  historii  krakowskiego  wysokościowca  w  ruinie.  Czy  nas stać w Rzeszowie na taki fanaberyjny budynek? Może ktoś z fachowców albo decydentów opisze jego dziwaczność i ewentualne jakieś specjalne zalety, symbolikę oraz funkcje.

Jak  grom  spadła  na  nas  informacja  senatu   naszego   uniwersytetu   o   nieprzejęciu   Klinicznego  Szpitala  Wojewódzkiego  nr  1  im.  F.  Chopina  dla  potrzeb  Wydziału  Medycznego.  Senat  nie  chce  za  darmo  szpitala  i  staje  wbrew  zabiegom  władz  marszałkowskich.  Rektor  prof.  Sylwester  Czopek  przekazał  tę  wolę,  tłumacząc,  że  uniwersytet  nie  jest   w   stanie   wziąć   odpowiedzialności   za   pacjentów,  za  poziom  leczenia,  że  studenci  winni kształcić się w warunkach odpowiadających  standardom  XXI  wieku.  Motywował  odmowę  zadłużeniem  szpitala  w  wysokości  72  mln  zł.  Najbardziej  zabrzmiał  argument  o  braku  doświadczenia  uniwersytetu  w  prowadzeniu    placówek    medycznych.    Jestem    zupełnie   oszołomiony   decyzją   władz   uniwersytetu.  To  taki  arogancki  akt  wobec  nas  wszystkich,  wyrażony  w  stosunku  do  obecnych władz województwa.

Marzyć należy! Senat uczelni marzy o kwocie pół miliarda złotych i budowie szpitala uniwersyteckiego na tzw. korzeniu, czyli nowego  na  50hektarowej  działce.  Typowy  brak   realizmu   i   działanie   odwleczone   aż   w niespełnienie. Mamy wprawdzie koniunkturę  gospodarczą,  ale  jutro  może  nastąpić  załamanie gospodarcze. Nie sądzę, że mamy szanse  na  takie  pieniądze  z  budżetu  państwa.  Nie  mając  doświadczenia  w  zakresie  kształcenia  medycznego  ani  w  prowadzeniu  szpitala  klinicznego,  przejęcie  wspomnianej  lecznicy  byłoby  rozwiązaniem  optymalnym.  Wiekowa  prawie  historia  szpitala  o  zasięgu  wojewódzkim   jest   też   wielkim   kapitałem.   Nic nie powstaje tak od razu, natychmiast.

Można   podejrzewać   władze   uczelni   o strach przed odpowiedzialnością zderzenia się  z  realnym  wykonywaniem  tak  wielkiego  zadania   w   potężnym   obiekcie.   Ewentualne  błędy  w  funkcjonowaniu  szpitala  byłyby  jednak   do   wybaczenia.   Są   menedżerowie   do  prowadzenia  takich  placówek.  Taki  stan  rzeczy  może  sprawić,  że  senat  uniwersytecki  i  władza  wojewódzka  okopią  się  na  lata,  a  sprawa  kształcenia  medycznego  w  województwie ucierpi. Moje refleksje są oparte na skąpych enuncjacjach medialnych, ale wieloletnim doświadczeniu w zarządzaniu. Zatem apeluję do władz uczelni o refleksję i ewentualną  rewizję  niefortunnego  stanowiska.  Jak  w  żadnej  sprawie,  w  województwie  wszyscy  jesteśmy  zgodni  co  do  rozwoju  kształcenia  medycznego,  a  zarazem  powstania  szpitala  klinicznego.

PS Gratulacje  dla  pana  profesora  Artura  Mazura,   dziekana   Wydziału   Medycznego,   z  okazji  otrzymania  profesury  belwederskiej  w  zakresie  nauk  medycznych.  To  już  profesor w drugim pokoleniu w tej rodzinie, bo śp. Marek  Mazur  był  również  profesorem  uniwersytetu, ale nauk ekonomicznych.

Edward SŁUPEK

Mit Piłsudskiego to MANIPULACJA

Jest nieporozumieniem upamiętnianie satrapy w Rzeszowie.

Aby  zrozumieć  współczesność,   należy   odnieść  się  do  historii.  Mnie  interesuje   oczywiście   historia   XX   wieku,   widząc   jak   wielu   poprzez   manipulację robi wszystko, aby ją zawłaszczyć dla uzasadnienia  bieżącej  polityki.  Przyszły  rok  będzie  znaczony  obchodami  100-lecia  odzyskania niepodległości przez Polskę w 1918 r. Większości nam wmanipulowano, iż wszystko stało się za sprawą Piłsudskiego. Tą zręczną historyczną   manipulację uprzytamnia nam w swojej najnowszej  książce redaktor i historyk z zamiłowania Henryk Nicpoń.

Autor  ukazuje  rolę  generała  Tadeusza  Jordana  Rozwadowskiego  oraz  Włodzimierza  Zagórskiego,  którzy  zginęli  po  zamachu  majowym w niejasnych okolicznościach, gdy Piłsudski  objął  w  Polsce  po  1926  r.  rzeczywistą  absolutną  władzę  ze  ślepo  podporządkowanymi   pułkownikami,   których   rządy   bezprawia  doprowadziły  w  konsekwencji  do  klęski  wrześniowej.  Ci  świetnie  wykształceni wojskowi – Rozwadowski i Zagórski – jak dowodzi   Henryk   Nicpoń,   posiedli   wiedzę   o  współpracy  marszałka  z  Niemcami  podczas jego uwięzienia w Magdeburgu.

Za prawdziwego twórcę „cudu nad Wisłą”  w  1920  r.,  czyli  zwycięstwa  nad  nawałą  bolszewicką,  winno  uważać  się  gen.  Rozwadowskiego, który był twórcą strategii zwycięstwa nad armią Tuchaczewskiego. Jak dowodzi  autor,  wiedza  Rozwadowskiego  o  współpracy agenturalnej Piłsudskiego z Niemcami i chęć zawłaszczenia dla siebie glorii zwycięstwa  nad  bolszewikami  popchnęła  Piłsudskiego  do  zgładzenia  generała  i  pułkownika  Włodzimierza   Zagórskiego.   Autor   rozwija   w  publikacji  przykłady  zadbania  przez  Piłsudskiego  o  interesy  Niemiec  podczas  powstania  wielkopolskiego  i  powstań  śląskich.  Nasuwa   porównanie   z   Leninem,   którego   Niemcy wyposażyli w kapitały, aby wywołał rewolucję  bolszewicką  w  Rosji,  czyli  zadziałał w interesie Niemiec, rozsadzając Rosję od środka.  Przewieźli  go  do  Petersburga  w  zaplombowanym  wagonie,  gdzie  wywołał  rewolucję bolszewicką. Jest nieporozumieniem upamiętnianie satrapy w Rzeszowie.

Tutaj    należy    przywołać  epizod,  gdy  wysłannicy  Piłsudskiego  9  października  1919 r. dogadali się z wysłannikami  Lenina,  z  Marchlewskim na czele, aby Polacy nie udzielili pomocy Denikinowi w zdławieniu   rodzącej   się   Rosji    radzieckiej.   Denikin    zaatakował  bolszewików,  armia  polska  nie  udzieliła  mu  pomocy,   a   wojska   bolszewickie,  nie  czując  z  polskiej  strony  zagrożenia,  w  całości  wystąpiły  przeciw  temu  generałowi  i  odniosły  przełomowe  zwycięstwo,  po  którym  odbiły  całą  Rosję  z  rąk  białych  generałów,  którzy  po  obaleniu  caratu  mogli  nakierować  Rosję  na  demokratyczne tory. Ten ważki epizod należy  uznać  za  największy  błąd  w  historii  Polski. Agenturalność Lenina i Piłsudskiego na rzecz Niemiec tutaj się zbiegła i wpłynęła na powstanie  bolszewizmu  trwającego  prawie  cały XX wiek.

Gdy wojska bolszewickie zagroziły Warszawie  w  1920  r.,  Piłsudski  spanikował  i  złożył  władzę  cywilną  na  ręce  premiera  Wincentego  Witosa,  przywódcy  z  pochodzenia  chłopskiego,  który  odezwą  wezwał  cały   naród   do   obrony   przed   nawałą   ze   wschodu.  Naród  uwierzył  swojemu  chłopskiemu  przywódcy.  Ten  fakt  to  najbardziej  wyrazisty przykład powstania polskiej świadomości  narodowej.  Piłsudski  sięgnął  również do marginalizowanej przez siebie kadry dowódczej  z  gen.  Rozwadowskim  na  czele,  który opracował zwycięską strategię obrony stolicy.  Piłsudski,  jak  twierdzi  autor,  schronił  się  u  kochanki.  Rozwadowski  doskonale  wywiązał  się  z  zadań,  które  doprowadziły  do  jednego  z  największych  zwycięstw  oręża  polskiego  w  dziejach.  Potem  następuje  całe  pasmo  zawłaszczania  owoców  zwycięstwa  poprzez  zgładzenie  obu  bohaterskich  wojskowych  –  gen.  Rozwadowskiego  oraz  płk.  Zagórskiego.

Z  książki  zrozumiemy  motywy  zamachu  majowego,  po  którym  nastąpił  okres  sanacyjnych   rządów   Piłsudskiego   z   jego   bezkrytycznymi  pułkownikami,  jak  Beck,  Sławek,  Rydz-Śmigły  i  wieloma innymi, stanowiącymi reżim   sanacyjny.  Kojarzy się on z łamaniem zasad demokratycznych poprzez haniebną  konstytucję kwietniową oraz rządy kojarzone z procesem brzeskim i obozem  koncentracyjnym,  jakim była Bereza Kartuska.

Autor  Henryk  Nicpoń  daje   nam   do   zastanowienia,  czy  nie  jest  wstydem  lokowanie pomnika satrapy Piłsudskiego  w  Rzeszowie?  Daje receptę „fenomenu” Piłsudskiego w przestrzeni   historyczno-społecznej, polegającą na tym, że po śmierci Piłsudskiego  sanacja  zadbała  o  specjalną  ustawę, gdzie nie można było lżyć czci marszałka.  Nie  jest  wyjaśnione,  jakim  trybem pochowano Piłsudskiego na Wawelu. Strona kościelna mocno  oponowała  przeciwko  pochówkowi Piłsudskiego. Ale stało się i należałoby  to  wyjaśnić.  Odnosi  się  wrażenie,  że  ustawa obowiązuje do dzisiaj. Apologeci, pogrobowcy  sanacji  mistrzowsko  dbają  o  nienależny kult marszałka Piłsudskiego i przegranej historycznie sanacji. Jest wielkim nieporozumieniem  dla  regionu  rzeszowskiego,  w którym w różny sposób z rąk sanacyjnych siepaczy zginęło w strajkach pond 100 ludzi, aby  upamiętniać  satrapę.  Jak  można  wytłumaczyć młodemu pokoleniu przyczyny kultu Piłsudskiego, lansowanego przez niektóre opcje  polityczne?  Chyba  tylko  chęcią  upamiętniania reżimu sanacji.

Wszystkie narody Europy rozliczyły się ze  swoimi  satrapami  –  Niemcy  z  Hitlerem,  Hiszpanie  z  Franco,  Włosi  z  Mussolinim,  Portugalczycy  z  Salazarem,  Grecy  z  reżimem  pułkowników,  Słowacy  z  Tiso,  Czesi  z  Hachą.  Obiecał  rozliczenie  z  reżimem  sanacji i Piłsudskim premier gen. Sikorski, ale zginął  w  Gibraltarze.  Marzy  mi  się  debata  publiczna  na  ten  temat.  Świetnym  początkiem  debaty  jest  książka  Henryka  Nicponia  Polowanie na generała. Piłsudski kontra Rozwadowski.

Edward SŁUPEK

WYCIECZKA DO LWOWA

Z Polski realnej do Polski sentymentalnej

Sympatycy i członkowie Stowarzyszenia Nasz Dom Rzeszów przebywali na dwudniowej wycieczce we Lwowie. Lirycznie można to ująć: z Polski realnej do Polski sentymentalnej. Inspirator, przewodniczący stowarzyszenia Jerzy Maślanka, nie mógł trafniej dla pierwszej wycieczki wybrać lepszego kierunku jak Lwów. W każdej chwili poświęconej Lwowowi czuło się taki patriotyczny żal za utraconym. Z naszym rozdarciem – czy bliżej nam do wschodniej, czy do zachodniej orientacji – wizyta we Lwowie to coś z sytuacji, gdy rodzinny dom znalazł się w innych rękach i my mamy się odnieść do tego, co czynią albo uczynili nowi gospodarze.

Z każdego załomu muru, budowli, lwowskiego bruku wyłania się ogrom polskiej kultury, architektury i gospodarności. Wszystko, co w „starym Lwowie” dobudowano w formie plomby w czasach radzieckich i obecnych ukraińskich, jest trudne do zaakceptowania, gdyż nie pasuje do wcześniejszej i pozostawionej zabudowy. Zresztą WYCIECZKA DO LWOWA Z Polski realnej do Polski sentymentalnej nie sposób banalnie odnieść się do piękna architektonicznego Lwowa, gdyż byłoby to uwłaczające.

Mnóstwo wycieczek z Polski tworzy klimat swojskości pobytu. Widać zabiegi gospodarzy, aby odbudować, odrestaurować tę unikatową wschodnią metropolię. Odradza się lwowskość w postaci wielokulturowości miasta. Słychać języki, które zawsze kojarzyły się z tym miastem. Miłe jest, gdy mówiąc po polsku, jesteśmy akceptowani i rozumiani, chociaż lwowian narodowości polskiej pozostało niewielu. Sądzę, że nie spowoduję skandalu z sąsiedzkim państwem ukraińskim, jeżeli stwierdzę, że we Lwowie dobrze by było odebrane wprowadzenie alfabetu łacińskiego do szyldów, napisów. Taki zabieg przydałby temu miastu opisywanej przez byłych lwowian swoistości i podkreśliłby jego odrębność, kosmopolityzm. Byłby to akcent przynależności Lwowa bardziej do orientacji zachodniej i przydałby mu autonomiczności. „Bukwy” nie pasują do ornamentyki lwowskiej ulicy.

Wielu uczestników wyjazdu przyznawało się do lwowskich korzeni rodzinnych, w tym Stanisław Szela. który się w tym mieście urodził. Wzruszające sytuacje dla wszystkich uczestników. Przy okazji wywoływane dyskusje, czy wszystko uczyniła nasza polska dyplomacja, aby odzyskać miliony woluminów po polskich zbiorach bibliotecznych zalegających magazyny lwowskich koszar. Dla Ukraińców są to książki bez wartości, gdyż oni używają innego alfabetu i języka. Inną wartość stanowią zbiory malarstwa polskiego, które dla sąsiedzkiej przyzwoitości winny być zwrócone nam Polakom. Tutaj znowu budzi zastanowienie skuteczność naszej dyplomacji i władz mających kontakty przez ćwierćwiecze istnienia Ukrainy.

Organizacja wycieczki była perfekcyjna. Biuro Podróży Matteo Travel Anny Prokop-Wilk, które ją zorganizowało, to firma znakomita, a wycieczka pilotowana przez Małgosię Prokop to popis organizacji imprezy turystycznej. Jako że jest członkiem władz naszego stowarzyszenia czuło się oprócz doświadczenia w organizacji tego typu imprez, specjalne przejęcie sprawą, jakie towarzyszy „służeniu” swoim. Na podkreślenie zasługuje opieka przewodniczki, młodej lwowianki o polskich patriotycznych korzeniach. Smaki wschodniej kuchni to cymes dla podniebienia. Wieczorem udało się nam w hotelu zorganizować wieczornicę z prezentacją aktualnej twórczości literackiej Jurka Maślanki. Nie obyło się bez śpiewu piosenek lwowskich i biesiadnych. W takich sytuacjach akompaniament Zbyszka Sztaby jest nie do zastąpienia.

Przekraczanie granicy Unii Europejskiej, czyli zarazem polsko-ukraińskiej, to widomy dowód dla wszystkich, jakim dobrodziejstwem jest członkostwo Polski w Unii Europejskiej oraz w strefie Schengen. Możliwość przejechania całej Europy bez kontroli granicznej jest wspaniałością. Na wschodniej granicy natomiast jak za dawnych czasów nawet wielogodzinne upokarzające oczekiwanie, by ją przekroczyć. Pouczające są wyjazdy na wschód Europy, gdyż można uprzytomnić sobie, że polska osobowość, kultura to kompilacja Wschodu i Zachodu. Nie jest to stwierdzenie pejoratywne, tylko uprzytomnienie, że jest to bogactwo kulturowe i cywilizacyjne wpływów na naszą polską kulturę narodów Wschodu. Podróże zawsze kształcą.

Edward SŁUPEK

Europejskie kuriozum

„Dobra zmiana” dopadła spółdzielczość mieszkaniową

Trywialnie należy stwierdzić, że „dobra zmiana” dopadła spółdzielczość mieszkaniową. Nową ustawę o spółdzielniach mieszkaniowych Sejm uchwalił 20 lipca, a prezydent podpisał dwa tygodnie później. Nic nie zapowiadało uchwalenia ustawodawstwa całkowicie wbrew środowisku spółdzielczemu. W toku prac nad ustawą strona rządowa i fachowcy spółdzielcy zgodnie pracowali nad jej projektem. Sejm podjął przedłożenie rządowo-spółdzielcze jako rzadko oglądany w naszym życiu społecznym kompromis. Następnie ustawa znalazła się w „izbie refleksji”, czyli w Senacie. Zazwyczaj Senat bez większych zmian przegłosowuje ustawy, które przepracował Sejm.

Tak się nie stało w tym przypadku. Senator Lidia Staroń zgłosiła trzydzieści poprawek,
inni dołożyli cztery poprawki. Ogółem przegłosowano i przyjęto dwadzieścia osiem. Przegłosowane poprawki sprawiły, że ustawa zamiast kompromisową stała się antyspółdzielczą. Przypomnę, że pani Staroń przez osiem lat była parlamentarzystą Platformy Obywatelskiej atawistycznie nastawioną do spółdzielczości mieszkaniowej. Obecnie oświadcza, że jest parlamentarzystką niezależną „sympatyzującą” z Prawem i Sprawiedliwością. To sympatyzowanie polega na reprezentowaniu lobby deweloperskiemu, czyli niszczeniu spółdzielczości mieszkaniowej.

Następnego dnia prawie o północy Sejm przegłosował poprawki Senatu, a prezydent
pomimo zastrzeżeń środowiska spółdzielczego podpisał ustawę. Ustawa jest europejskim kuriozum. Nie jest wiadomo, kto według jej zapisów jest członkiem spółdzielni. Zniesiono
wpisowe i udziały. Jedynie posiadacze odrębnej własności w zasobach spółdzielczych są zobowiązani złożyć deklarację przystąpienia do spółdzielni. Nowa ustawa wprowadza fundusz remontowy na poszczególne nieruchomości. Odmiennie niż dotychczas, gdzie naliczano fundusz remontowy na nieruchomości, ale funkcjonował centralny rozdział zależnie od potrzeb remontowych według zasad solidaryzmu spółdzielczego, czyli w pewnym sensie jedna nieruchomość pożyczała środki na remonty innej w ramach potrzeb. Obecne zatomizowanie jest zaprzeczeniem solidaryzmu spółdzielczego. Rodzi się pytanie, komu i w czyim interesie na tym zależało.

Management spółdzielczy, zarządy spółdzielni są odsądzani od czci i obsypywani kalumniami. Jednakże oszczercy nie dopowiadają, że spółdzielczość mieszkaniowa w stosunku do tego, co się dzieje w skali kraju, jest oazą gospodarności i praworządności. Jednostkowe przykłady złych praktyk spółdzielczych są używane do akcji propagandowych dyskredytujących ideę spółdzielczą. Dotychczasowe unormowania ustawy zezwalały na realizację programu Prawa i Sprawiedliwości „Mieszkanie Plus”. Spółdzielczość mieszkaniowa widziała w nim dla siebie szansę na budowę wielu mieszkań. Spółdzielnia Zodiak, którą reprezentuję, również podjęła przygotowania do budowy kompleksu senioralnego w ramach „Mieszkania Plus” jako spełnienie misji pomocy seniorom, których jest coraz więcej – echo powojennego wyżu demograficznego. Wydaje się, że obecne zapisy ustawowe skutecznie wyeliminowały nas z tego projektu budowy mieszkań. Lobby deweloperskie dopięło swego.

Innym zagadnieniem, które „zrewolucjonizowało” spółdzielczość mieszkaniową, jest instytucja lustracji w spółdzielni. Można to nazwać taką wizytacją odbywaną co trzy lata, a w przypadku budowy mieszkań corocznie. Lustrację dokonywali specjaliści z odpowiednimi kwalifikacjami, zazwyczaj praktycy z branży, doskonale znający problematykę spółdzielni mieszkaniowej. Nowe uregulowania ustawy wykluczają, aby lustrację mogli wykonywać czynni pracownicy merytoryczni spółdzielni mieszkaniowej. Lustracja to w jakiejś części kontrola, ale też raczej instruktaż najlepszych ludzi z branży mieszkaniowej. To przenoszenie dobrych praktyk spółdzielczych pomiędzy spółdzielniami. Zniweczono tę instytucję, jak podejrzewam, z powodu politycznie trywialnego. Po prostu na słowo lustracja politycy dostają „małpiego rozumu”.

Nasza spółdzielcza lustracja mająca stuletnią  historię poprzez polityczne skojarzenia
stała się wytrychem politycznym. Mogę powiedzieć, że proponowałem, aby pojęcie lustracji w spółdzielczości zmienić na wizytację albo audyt spółdzielczy, ale nie zdążono, bo też mogło się to stać poprzez nowelizację Prawa spółdzielczego. Wierzę, że ponad 200 lat istnienia spółdzielczości na ziemiach polskich, w tym ponad 100 lat spółdzielczości mieszkaniowej, nie zostanie zniweczone. To taka inna forma zarządzania nieruchomościami niekomercyjna, na każdym etapie poddana kontroli przez własnych członków. Pewnie niewygodna dla każdej władzy, w tym dla samorządów, od których także zależą koszty utrzymania naszych mieszkań.

Odnoszę wrażenie, że w naszym demokratycznym kraju czyni się wszystko, aby utrącić
jakąkolwiek formę organizacji społeczeństwa, która nie jest podporządkowana władzy
rządowej. Taką formą niezależności była spółdzielczość dotychczas wolna od wpływów politycznych.

Edward SŁUPEK

Wódka napojem patriotycznym

Podkarpacie pustynią alkoholową

Nasz Sejm przyjął definicję polskiej wódki jako napoju alkoholowego wytwarzanego z ziemniaków i zbóż uprawianych na ziemiach polskich. Nikt nie był przeciw, jedynie 38 posłów się wstrzymało. Podejrzewam, że albo nie byli zainteresowani tym napojem, albo to hipokryci alkoholowi. Jesteśmy absolutnym liderem w produkcji wódki w Unii Europejskiej, co nie przedkłada się na konsumpcję w przeliczeniu na rodaka. Średnia europejska to 10 litrów spirytusu na Europejczyka, czyli około 50 g wódki na dzień. Wszystkie sąsiednie kraje piją więcej w przeliczeniu na mieszkańca. Jesteśmy za Niemcami, Austriakami, Czechami i Słowakami. W statystyce europejskiej przewodzą Litwini. To tylko statystyka, inne na pewno są implikacje wynikające ze spożycia alkoholu w różnych krajach. Unia Europejska chciała do definicji wódki dodać trunki wytwarzane z marchwi, bananów i innych owoców.

Wódka na ziemiach polskich jest wytwarzana od XVI w. Zawsze budziła skrajne emocje wszystkich warstw społecznych, a zwłaszcza specjalistów od moralności. Nie jest znany mechanizm uzależnienia od tego trunku. Gdyby udało się znaleźć lek na nałóg alkoholowy – nagroda Nobla natychmiast. Nałóg dotyczy przedstawicieli wszystkich warstw społecznych, czyli także ludzi, którzy zasłużyli się we wszystkich dziedzinach nauki i twórczości. Przy na- WÓDKA NAPOJEM PATRIOTYCZNYM Podkarpacie pustynią alkoholową szej trudnej historii były czasy, gdy nasi zaborcy celowo i świadomie rozpijali społeczeństwo polskie, uważając, że to podkopie jego morale i zdolność do odzyskania państwowości.

Wódka i napoje na bazie alkoholu są dobrem regionalnym, a nawet państwowym, elementem kultury narodu i regionu. Widać to w turystyce, gdzie każda nacja w odwiedzanym regionie kusi nas swoim regionalnym „niepowtarzalnym” alkoholem. Najpierw zachęta skosztowania z „błagającym” spojrzeniem na kosztującego o akceptację trunku. Po naszej grzecznej pochwale napój wypada kupić choćby na pamiątkę albo uzupełnienie kolekcji w barku. Notabene słowo skosztować sugeruje nawet, że po spróbowaniu będzie nas kosztować. Bywa, że próbowane trunki są po prostu obrzydliwe, ale nie wypada zganić. Wykorzystywane są nawet wątpliwej miary okazje do zbycia trunku regionalnego; gdy będąc w Medjugorje zostałem zachęcony do nabycia rakii z wizerunkiem tamtejszej Matki Boskiej. Ale taka jest turystyka, gdzie naturalnym odruchem staje się nabycie czegoś regionalnego, a zwłaszcza trunku kojarzącego się albo mającego kojarzyć się z odwiedzanym regionem.

Aż naturalnym wydaje się zadać pytanie, jak Podkarpacie (tęsknię za starą nazwą Rzeszowszczyzna) wypada w tym alkoholowo- -turystycznym mechanizmie? Jest tragicznie, a nawet nijako. Ponad dwumilionowa populacja mieszkańców województwa jest pozbawiona produkowanej w województwie wódki, a nawet wina produkowanego z miejscowych owoców. Nie mamy wyrobu ze znakiem akcyzy skojarzonego z naszym regionem. Były próby uczynienia nas regionem produkcji wina, ale jak widać niewiele z tego wychodzi. Mieliśmy wino owocowe z Jasła (patykiem pisane), ale wytwórnia jest francuska, więc po co im produkować jakieś wino w Polsce, gdy francuskie jest lepsze, bo francuskie. Patykiem pisane przeszło do powszechnej tradycji z powodu stylizacji artystycznej etykiety tego kiedyś powszechnego wina owocowego. Mieliśmy świetną wytwórnię spirytualiów w Łańcucie (Polmos Łańcut) tradycją sięgającą rodu Potockich. Nic nie pomogły protesty załogi i zabiegi władz województwa. Firma produkująca słynne rosolisy praktycznie przestała produkować coś, co kojarzy się z produktem z naszego regionu. Szczególnie Rosolis kawowy z Łańcuta robił wrażenie jako drobny podarunek dla przyjaciół z daleka. Jeszcze niedawno Biała Dama z Łańcuta to była wódka czysta z „wyższej półki”.

Nie tak dawno byłem na weselu i pito wódkę zagraniczną (oceniam jako dobrą jakościowo) i tak mi się patriotycznie przykro zrobiło, że pijemy obcą wódkę. Toż to naprawdę niepatriotyczne. Gdyby to ode mnie zależało, doprowadziłbym do reaktywacji produkcji wódki z Rzeszowszczyzny i innych napoi alkoholowych, bo gadżet w postaci butelki alkoholu z regionu to świetna promocja. Na razie jest trochę wstydliwie, gdy inni z całego świata zachwalają swoje alkohole podczas każdej niezobowiązującej rozmowy towarzyskiej. My możemy chwalić się niezłymi prywatnymi bimbrami, ale mnie chodzi o coś, co posiada banderolę i pochodzi z legalnej, porządnej wytwórni.

Edward SŁUPEK

Pomnik Piłsudskiego

Nie narażać województwa na chichot historii

W lipcu 2017 r. Rada Miasta Rzeszowa na wniosek środowisk neosanacyjnych podjęła uchwałę o budowie pomnika Józefa Piłsudskiego w stolicy województwa, sytuując go na pl. Wolności (sic!). Postać to wieloznaczna – dla ludzi z jego najbliższego otoczenia idol o starannie budowanej sławie, jako ikona odzyskania niepodległości przez Polskę w 1918 r. Zadeklarowany rusofob, gdyż spośród wszystkich zaborców od caratu Polacy najbardziej się nacierpieli. Antyrosyjska obsesja sprawiła, że Piłsudski nie zgodził się na udzielenie pomocy rodzącej się demokratycznej białej Rosji Denikina i Wrangla, która pokonałaby rodzącą się Rosję bolszewicką, a tym samym zapobiegłaby rozlewowi komunizmu  leninowskiemu na świat, a potem cierpieniu narodów pod butem Stalina. Historycy twierdzą, że działał na zlecenie władz pruskich, dla których był konfidentem, w celu zdemontowania siły Rosji. Coś chyba było na rzeczy, gdyż po klęsce wrześniowej w 1939 r. niemieccy okupanci trzymali straż honorową przed jego grobem na Wawelu w rocznicę urodzin.

W 1920 r. okrzepła Rosja bolszewicka napadła na Polskę. Nasz kraj miał być jedynie podbitym epizodem w zalewie komunizmu na całą Europę. Zwycięską bitwę warszawską zwaną w historiografii „cudem nad Wisłą” z wielką pieczołowitością Piłsudski przypisał sobie jako „genialnemu wodzowi”. Było wielu prawdziwych bohaterów tamtych dni, poczynając od premiera Witosa, który porwał i zmobilizował całą społeczność zamieszkującą ziemie polskie, było wielu świetnych strategów generałów, jak Tadeusz Rozwadowski, Włodzimierz Zagórski, Lucjan Żeligowski. Ich śmierć w okresie rządów „sanacji” Piłsudskiego jest przypisywana marszałkowi, gdy ze swoją ekipą zaufanych pułkowników wymyślił swój mit jedynego zwycięzcy w bitwie warszawskiej. Do tej pory nie są nawet znane miejsca pochówku zgładzonych generałów, prawdziwych twórców strategii obrony Polski z 1920 r.

Rozprawa z tymi bohaterami i innymi, którzy zasłużyli się w dziele odrodzenia Rzeczypospolitej w 1918 r., była możliwa dzięki zamachowi stanu w maju 1926 r. Krwawa rozprawa z rodzącą się demokracją pochłonęła, jak się szacuje, około 500 zabitych z rąk popleczników marszałka Piłsudskiego. Po zamachu stanu, jakim był zamach majowy, nastąpiły uzurpatorskie rządy sanacji, które w zamyśle zamachowców miały znamionować odrodzenie państwa. Ale po pierwsze, Piłsudski rozliczył się z przeciwnikami politycznymi, których wielu zginęło w niewyjaśnionych okolicznościach jak owi generałowie. Innych skazano w procesach politycznych (np. haniebny proces brzeski) na wieloletnie kary więzienia albo na pobyt w Berezie Kartuskiej – obozie koncentracyjnym. Wielu, w tym generał Władysław Sikorski, wyemigrowało z kraju, unikając niechybnych represji.

Inny rozdział, już po śmierci Piłsudskiego w 1935 r., kojarzony z ekipą sanacji, dla której był idolem, to okres strajków o podłożu politycznym, zwłaszcza ludowo- -chłopskich. Strajków w większości na ziemi rzeszowskiej w 1937 r., w których poległo około 100 uczestników w wyniku krwawej interwencji policji, a 6 tysięcy znalazło się w represyjnych więzieniach. Przemilcza się ten haniebny okres kojarzony z Piłsudskim, którego poplecznicy pochowali na Wawelu wbrew manifestowanemu sprzeciwowi kardynała Adama Stefana Sapiehy. Ale nawet taki honor dla marszałka wymogła sanacja swoimi rządami. Jedynie co mógł kardynał uczynić, to spowodować przesunięcie sarkofagu Piłsudskiego do mniej okazałej krypty.

W życiorysie Piłsudskiego można uznać za pozytywny okres działalności do 1926 r., czyli do zamachu majowego. Wszystko, co było później, to działania dyktatorskie, naznaczone pychą posiadania sławy, które w konsekwencji doprowadziły do klęski wrześniowej i której nikt nie rozliczył, a przypomnę, obiecał to uczynić premier Władysław Sikorski, ale zginął w katastrofie gibraltarskiej. W piśmiennictwie tamtego okresu widać wątpliwe przymioty stratega Piłsudskiego, gdy pisząc o armii, stawia na pierwszym miejscu konnicę i kawalerię. Takie zacofane przywództwo odbiło się także na lansowaniu na najwyższe stanowiska w państwie ludzi o służalczych charakterach.

Budowany mit Piłsudskiego przerósł nasze pojmowanie historii w zakresie kultu osoby wodza i przywódcy narodu. Należy to odbrązowić, czyli powiedzieć otwarcie – nie zasługuje on na pomniki z brązu. Mam osobiste prawo tak pisać z przyczyn rodzinnych, gdyż znam to także z relacji mojego taty urodzonego w 1912 r., uczestnika tamtych wydarzeń, czyli strajków chłopskich, gdzie zostało to upamiętnione skromnymi pomnikami choćby w Harcie i Borku Starym, miejscach śmierci strajkujących. Mit Piłsudskiego budował w prawie każdej wypowiedzi prezydent Bronisław Komorowski. Czas na inne spojrzenie na tamtą historię.

Wydaje się niemożliwe odbrązowienie i odwrócenie niezdrowego historycznie mitu. Ale wystarczy już licznych pomników i nazw ulic niewątpliwego satrapy, jakim był po 1926 r. aż do śmierci Piłsudski. Należy mu także przypomnieć konstytucję, zwaną kwietniową, wprowadzającą na lata reżim. Zatem apeluję do Rady Miasta Rzeszowa o reasumpcję tej niegodnej dla Rzeszowa uchwały. Jest to uchwała o zasięgu dla całego województwa. Nie sądzę, że są u nas epigoni sanacji. Potraktujmy uchwałę jako pomyłkę, jakich wiele, wynikającą z braku dogłębnej analizy, w tym przypadku historycznej. Dotychczasowe hołdy dla satrapy w postaci nazw ulic i pomników pozostawmy jako pomyłkowe memento.

Poszukajmy niekontrowersyjnych postaci dla uczczenia rocznicy odzyskania niepodległości w 1918 r. i nie stawiajmy na placu Wolności w Rzeszowie pomnika satrapy, który wolność tłamsił. Do dyskusji pozostawiam sposób wycofania się z niegodnej inicjatywy. Może referendum wojewódzkie, poprzedzone analizą historyczną? Nie przystoi narażać województwa na chichot historii.

Edward SŁUPEK

Zrehabilitować Premiera Witosa!

Nie możemy rozpocząć obchodów setnej rocznicy odzyskania niepodległości bez zamazania wyroku sądu brzeskiego – powiedział prezes ludowców Władysław Kosiniak-Kamysz.

W przyszłym roku mija 100.  rocznica  odzyskania  niepodległości  po  123  latach  zaborów.  To  jedna  z  najznamienitszych  rocznic,  gdy  Polska  wybuchła  po  ponad  wiekowej  niewoli.  Znamienna  także  tym,  że  nie  upamiętnia  klęski,  jak  to  w  wielu  przypadkach  mamy  (np.  powstanie    warszawskie),    ale    upamiętnia    sukces  reaktywacji  państwa.  Jedną  z  ikon  odbudowy   państwa   jest   Wincenty   Witos–   ludowy   przywódca,   trzykrotny   premier   rządu.  Najbardziej  zapamiętany,  gdy  będąc  premierem   rządu   polskiego   zmobilizował   masy   społeczeństwa   polskiego   do   obrony   ZREHABILITOWAĆ PREMIERA WITOSA! Nie możemy rozpocząć obchodów setnej rocznicy odzyskania niepodległości bez zamazania wyroku sądu brzeskiego – powiedział prezes ludowców Władysław Kosiniak- Kamysz państwa w sierpniu 1920 r. przed nawałą sowiecką,  co  historycy  określają  „cudem  nad  Wisłą”. Moim zdaniem był to pierwszy przypadek  w  historii  kraju,  gdzie  można  mówić  o powstaniu świadomości o naszym polskim państwie. Do tej pory państwo dla włościan, zwyczajnych  mieszkańców  tych  ziem,  było  czymś   obcym   –   kojarzonym   z   uciskiem,   a  także  z  arystokracją,  która  była  kojarzona  z właścicielami państwa.

Swoimi  odezwami  do  włościan  i  chłopów Wincenty Witos przekonał ich do obrony swojej ojczyzny. Dowódcy wojskowi przechodzą  do  historii,  ale  na  polu  walki  ginie  prosty  żołnierz,  niekiedy  wcielany  do  armii  pod przymusem. W przypadku obrony przed zagonami  sowieckimi  Tuchaczewskiego  byli  to,  po  odezwach  Witosa,  świadomi  swojej  ojczyzny  prości  mieszkańcy  Polski.  Posanacyjni  apologeci  zawłaszczyli  to  zwycięstwo,  uznając  za  jego  twórcę  Józefa  Piłsudskiego.  Tenże tymczasem w trudnych dniach nawały, panikując, złożył nawet rezygnację z funkcji naczelnego wodza na ręce ówczesnego premiera Wincentego Witosa.

Po tym wspaniałym zwycięstwie zaczęto tworzyć mit genialnego wodza Piłsudskiego, zapominając z rozmysłem o prawdziwych twórcach zwycięstw, jakimi byli generałowie Tadeusz Jordan Rozwadowski, Włodzimierz Zagórski, Lucjan Żeligowski. Pierwszy był strategiem obrony i twórcą manewrów obrony Warszawy. Wszyscy w niewyjaśnionych okolicznościach zostali zgładzeni po zamachu majowym 12 maja 1926 r. To jedna z najbardziej dramatycznych i haniebnych dat w historii Polski, a na pewno w okresie międzywojnia. W tym zamachu stanu zginęło ponad 500 ofiar spośród żołnierzy i ludności cywilnej. Po raz trzeci urząd premiera sprawował wtedy ludowy przywódca Wincenty Witos. Chcąc uniknąć przelewu polskiej krwi, złożył urząd.

Władzę objęli ludzie sanacji z Piłsudskim jako inicjatorem zamachu stanu. W przypadku niepowodzenia zamachu Piłsudski zostałby na pewno skazany na karę najwyższą. Od zamachu rozpoczęły się rządy sanacji, co w sensie instytucji demokratycznych określa się jako czas przemocy i represji dla wszystkich, którzy nie utożsamiali się z ekipą Piłsudskiego. Międzywojnie to wielość ugrupowań politycznych w parlamencie od prawicy po lewicę. Wszystkie ugrupowania poza BBWR (Bezpartyjny Blok Współpracy z Rządem), po okresie walki w rozdrobnieniu z sanacją, w 1929 r. zawiązały porozumienie międzypartyjne Centrolew. Tego Piłsudskiemu było za wiele, przy jego chorobliwej nienawiści do parlamentu i instytucji demokratycznych, co afiszował w wywiadach prasowych niewybrednym językiem o posłach: „A gdy się pan taki zafajda, to każdy musi podziwiać jego zafajdaną bieliznę. A jeśli przy tym zdarzy się wypadek, że zabździ, to jest już prawo dla innych ludzi, a najbardziej dla ministrów” itp.

Piłsudski doprowadził do rozwiązania parlamentu we wrześniu 1930 roku. I gdy posłów nie chronił już immunitet, spowodował 9 września 1930 r. aresztowanie przywódców Centrolewu: Norberta Barlickiego, Adama Ciołkosza, Stanisława Dubois, Hermana Liebermana, Mieczysława Mastka, Adama Pragiera z PPS, Władysława Kiernika i Wincentego Witosa z PSL Piast, Kazimierza Bagińskiego i Józefa Putka z PSL Wyzwolenie i innych. Aresztowanych osadzono w przygotowanych celach w twierdzy brzeskiej, której komendantem mianowano znanego z okrucieństwa płk. Kostkę-Biernackiego. Aresztowań dokonano bez nakazu sądu, na podstawie polecenia ministra Sławoja-Składkowskiego, co było pogwałceniem prawa. Typowa represja polityczna. Piłsudski własnoręcznie zaznaczył zielonym ołówkiem na przedstawionej przez Sławoja liście, kto ma być aresztowany i zamknięty w Brześciu. Była to przemyślana akcja rozprawy z liderami opozycji. Z aresztowanymi obchodzono się skandalicznie, zmuszając ich do upokarzających robót i wymyślnych represji, pobić, ordynarnych tortur fizycznych i psychicznych. Potem był proces ze skazującymi wyrokami wieloletnich więzień.

Skazany premier Witos udał się na tułaczkę do Czech, z której wrócił tuż przed wybuchem II wojny. Tak rządziła sanacja. Premier Władysław Sikorski na uchodźstwie zapowiedział, że po zakończeniu II wojny rozliczy sanację za jej rządy, ale zginął w katastrofie. Sanacja też zaczynała od zniszczenia instytucji demokratycznych, co doprowadziło do dyktatury. Obecna polityka historyczna zapominania tych mroczności sanacyjnych nie wróży, że idziemy ku demokracji. Wręcz przeciwnie. To tylko krótkie przypomnienie, że zapowiedź Sikorskiego należałoby moralnie wykonać. Poczynając od zrehabilitowania Witosa i innych skazanych w haniebnym, sfingowanym procesie brzeskim.

Edward SŁUPEK

Przegrywa RZESZÓW, a nie Ferenc

Regionalnym politykom stolica województwa jest obojętna

Strwożyłem się informacją przekazaną przez regionalne media o tym, że rząd „pozostawił bez rozpatrzenia wniosek prezydenta Rzeszowa” (czytaj samorządu miasta) w sprawie obwodnicy południowej, która miała połączyć ulicę Podkarpacką z aleją Sikorskiego. Miała to być największa inwestycja komunikacyjna Rzeszowa szacowana na 450 mln złotych. Inwestycja bezdyskusyjnie niezbędna dla rozwoju Rzeszowa, na lata poprawiająca komfort komunikacyjny miasta od południa.

Poprawiająca funkcjonowanie powiatu od południa. Jak to bywa przy inwestycji ingerującej w teren, interesy niektórych właścicieli posesji zostałyby naruszone. Oni, co jest naturalne, stanowili grono oponentów inwestycji. Dołączyli do tego jazgotu ekologowie (niekiedy jako odmiana zadymiarzy), gdyż w tym przypadku uznają za dobro ekologiczne zalew rzeszowski powstały ludzkim geniuszem inwestycyjnym, oprotestowywany podczas jego budowy w latach 70. minionego wieku. Wymienione powody miały dać pre-tekst dla rządu, aby inwestycję zaniechać.

Tutaj cofnę się do czynienia Rzeszowa „naprawdę” stolicą województwa w latach 60. i 70., gdy trzeba było zburzyć w centrum miasta wiele „dziadowskich” posesji, aby po-wstało osiedle Tysiąclecia i inne osiedla oraz normalne arterie stanowiące główne ulice, jak Piłsudskiego, Marszałkowska, Krakowska, Cieplińskiego (wtedy 22 Lipca). Nie byłoby normalnego Rzeszowa, gdyby nie ów-czesne władcze decyzje „odsądzanego” włodarza Rzeszowa Alfreda Żądły, później ko-jarzonego z budownictwem spółdzielczym, gdzie wszystkie wybudowane spółdzielcze osiedla były oprotestowywane, bo zawsze czyjeś interesy, np. zajęcia gruntu, zostały naruszone. Taka jest pragmatyczna kolej rzeczy w przypadku rozwoju miast. Aby sprawie zadośćuczynić, należy wypłacić godziwe odszkodowanie. Zazwyczaj tak jest czynione dla załatwienia problemów rozwoju miasta. Nostalgia za starym siedliskiem jest zrozumiała, ale po odszkodowaniu trzeba żyć w nowej, zazwyczaj lepszej rzeczywistości. Czyli wraża władza niekiedy musi podejmować decyzje naruszające interesy nielicznych, aby przysłużyć się wielu na pokolenia. Przykładem takiego postępowania jest cała miej-ska Europa, a także nasz Rzeszów, o czym zaświadczają archeologowie np. przy renowacji ulicy 3 Maja, gdzie widać wiele warstw zabudowy.

Smutną dla Rzeszowa wiadomość media zakomunikowały jako poboczny news, „przykryty” informacją o zjeździe polityków PiS w Strachocinie k. Sanoka, z obecnością pełnego „garnituru” najważniejszych osób w państwie z samym Jarosławem Kaczyńskim. Brzmi to jak szyderstwo i obraza dla Rzeszowa jako stolicy regionu, że przy tej okazji musiano „wymazać” inwestycję. Media nie zająknęły się, co o tym sądzą lokalni posłowie Prawa i Sprawiedliwości. Odnoszę wrażenie, że kornie schowali „ogon” pod siebie, aby się nie narazić władzy centralnej. Zresztą większość posłów z partii rządzącej nie jest z Rzeszowa i małostkowo cieszy się, jeśli coś nie wychodzi stolicy regionu. Rzeszów jest stolicą regionu, ale większość znaczących osobowości województwa dojeżdża do pracy z okolicznych powiatów, co widać po rejestracjach limuzyn sunących codziennie z rana do najważniejszych instytucji wojewódzkich. Pisałem wielokrotnie o tej małostkowości polityków z regionu chcących dokopać Rzeszowowi. Zaświadcza o tym tak-że taka zjadliwość mediów wobec prezydenta Rzeszowa, który słusznie optuje za obwodnicą południową. Blokada ze strony własnych urzędów wojewódzkich, które powinny za-opiniować pro rozwojową inwestycję Rzeszowa, musi być zapamiętana. Ludzie takiego pokroju powinni stanąć ponad polityką, że należy „dokopać Rzeszowowi” tylko z tej racji, że nie jest rządzony przez przedstawiciela Prawa i Sprawiedliwości.

Odrzucenie finansowania budowy arterii jest tłumaczone przez „stosownych” urzędników brakami formalnoprawnymi ze strony miasta w przygotowaniu niezbędnych dokumentów. Na tym poziomie to jakiś absurd i wydumany powód na zamówienie polityczne. Każdy, kto aplikował o środki z funduszy unijnych, wie, że „urzędolenie” w tej sprawie przekroczyło granicę absurdu. Ważna jest istota, a nie papierek. Nikt z po-słów nie miał odwagi zaprotestować przeciw-ko takiemu procederowi. To nie prezydent Ferenc stracił, chociaż było widać, że słusznie widział wielką szansę dla regionu, ale stracił region. Nie wiem, kto doprowadzi do tego, że takie postawy będą uznawane za swoisty grzech polityczny wobec regionu. Zatem spowiednikiem dla takich anty rzeszowskich politycznych grzeszników niech się stanie społeczeństwo Rzeszowa i całego powiatu.

Edward SŁUPEK

Ku samopokrzepieniu

Nie budujmy mieszkań socjalnych

Za kolebkę ruchu spółdzielczego uznawana jest Anglia, gdzie w 1843 r. w Rochdale powstała jedna z  pierwszych spółdzielni. Podobnie uznaje się o  futbolu, jednej z  najbardziej powszechnych dyscyplin sportowych, gdzie światowa federacja FIFA zrzesza więcej państw niż ONZ. Nie jest to prawda, gdyż w  1816 r. ks. Stanisław Staszic założył w  swoich dobrach Towarzystwo Rolnicze Hrubieszowskie nazywane wstępnie Rolniczym Towarzystwem Wspólnego Ratowania się w  Nieszczęściach na zasadach spółdzielczych.

Akt powstania Towarzystwa zatwierdził nawet zaborca car Aleksander I w 1822 r. Towarzystwo obejmowało 9 wsi, osadę i  wójtostwo hrubieszowskie. Umowę podpisało 329 gospodarzy. Na czele stał prezes, będący jednocześnie wójtem. W  1855 r. zaborcze władze rosyjskie postawiły na czele Towarzystwa komisarza, tym samym ograniczając jego działalność. Prezes miał do pomocy radę gospodarczą spośród członków Towarzystwa. Siedziba władz znajdowała się w Dziekanowie k. Hrubieszowa. Towarzystwo działało według zasad opracowanych przez ks. Stanisława Staszica zawartych w  umowie z  gospodarzami. Właścicielem wszystkich dóbr było Towarzystwo, a  jego członkowie dziedzicznymi użytkownikami gospodarstw, których powierzchnia nie mogła przekraczać 80 mórg (44,8 ha). Wszyscy członkowie Towarzystwa, obok gospodarzy – również bezrolni, urzędnicy administracyjni, nauczyciele, dzierżawcy młynów i zakładów do obróbki sukna oraz lekarze, a także wójt i burmistrz miasta – mieli równe prawa. Płacili jednak zróżnicowany czynsz.

Wszyscy członkowie tej osobliwej wspólnoty byli zobowiązani do niesienia pomocy współtowarzyszom dotkniętym przez klęski żywiołowe. Wysokość pomocy była uzależniona od powierzchni gospodarstwa. Zgodnie z  założeniami Stanisława Staszica Towarzystwo opiekowało się sierotami, kalekami i  niedołężnymi starcami. Wszystkie świadczenia o  charakterze socjalnym, jak opieka lekarska czy funkcjonowanie szkół, finansowano z  wnoszonych składek w  wysokości proporcjonalnej do osiąganych dochodów. Staszic pilnował, aby jego chłopi niczego nie dostawali za darmo, żeby czuli, że na wszystko należy zapracować. Szkoła i pomieszczenia dla lekarza na terenie Towarzystwa finansowane były z funduszy Towarzystwa. Na utrzymanie łożyli członkowie.

Towarzystwo posiadało również dobra wspólne w  postaci młynów, stawów, tartaków, cegielni, kuźni, zakładów do obróbki sukna, browarów, wytwórni wódek i innych trunków oraz lasy, z  których dochód przeznaczano na prowadzenie szkół, kształcenie zdolniejszej młodzieży na poziomie wyż- szym niż podstawowy, a  także na prowadzenie szpitala oraz opiekę nad sierotami i starcami, pomoc w przypadku pożaru oraz ubezpieczenie. Towarzystwo utworzyło również w Hrubieszowie Bank Pożyczkowy.

Działalność pierwszej w  Europie spół- dzielni o  charakterze rolniczym została zawieszona w 1945 r., a ostatecznie rozwiązana w  1951 r. na mocy dekretu Bieruta. Piękna karta historii spółdzielczości, której „ojcem założycielem” był człowiek o wielu talentach, ksiądz Stanisław Staszic. Nazywany jest tak- że „ojcem polskiej geologii a także taternictwa”. Od dziesięcioleci toczy się dyskusja o  budowie mieszkań socjalnych. Lokal socjalny to lokal nadający się do zamieszkania, którego powierzchnia pokoi przypadająca na członka gospodarstwa domowego nie może być mniejsza niż 5 mkw., a  w  przypadku jednoosobowego gospodarstwa domowego 10 mkw., przy czym lokal ten może mieć obniżony standard.

Przy okazji kampanii wyborczych większość polityków każdego szczebla wyraża potrzebę budowy mieszkań socjalnych. Uwa- żam to za błąd i niedorzeczność gospodarczą. Mieszkań socjalnych mamy w kraju miliony wybudowanych w  PRL-u  podczas wyżu demograficznego. Tak było trzeba i  warto by było przyjrzeć się tamtym rozwiązaniom organizacyjno-gospodarczym, zwłaszcza spółdzielczym. Najlepiej by było stworzyć system odkupu tych mieszkań z okresu PRL- -u przez samorząd. Wielu mieszkańców mających takie mieszkania „bez standardu” nie ma szans na nowe. To wymaga rozwiązań systemowych w  postaci opracowania zasad wykupu. Jestem pewien, że pozwoliłoby to na uruchomienie koniunktury w budownictwie zwłaszcza spółdzielczym.

Nie stać nas na absurdalne budowanie „z  zasady” czegoś niepełnowartościowego, jeżeli mamy nabudowanych bez liku mieszkań socjalnych. Bywa, że młodzi ludzie dziedziczą taki „socjal”, mając ograniczone środki finansowe. Wystarczyłoby, aby samorząd odkupił dla swoich potrzeb ich marne mieszkanie, a oni mogliby zainwestować w nowoczesne i po wybudowaniu zamieszkać w nim. Można by też w takich sytuacjach pomyśleć o  pomocy państwa, modyfikując program 500+ dla tej potrzeby. Nie jest to proste dla polityków rozwiązanie, ale moim zdaniem zwyczajnie racjonalne.

Edward SŁUPEK

Samorządowe łotrzyki

Dalekosiężnie zamiary poszerzenia Rzeszowa są słuszne

Byliśmy ostatnimi czasy świadkami niecnej praktyki w  działalności samorządowej. Otóż okołorzeszowskie samorządy zrzeszone w porozumieniu samorządowym podjęły dziwaczną, a nawet niecną praktykę, niezgadzania się z zakusami samorządu Rzeszowa dotyczącymi poszerzenia miasta o okoliczne miejscowości, a nawet całe gminy. Moim zdaniem dalekosiężnie zamiary poszerzenia Rzeszowa są słuszne. Dziwaczność to sposób niezgadzania się wyrażony akcją bilbordową na terenie Rzeszowa, gdzie mieszkańcy i przyjezdni mogli zobaczyć protest przeciwko poszerzeniu miasta.

Akcja jak akcja. Jesteśmy przyzwyczajeni do tej formy propagandy w okresach przedwyborczych, ale wielu zdumiał atak na samorząd Rzeszowa poprzez bilbordy w  mieście zlecone przez porozumienie samorządowe złożone z  wójtów przeciwnych poszerzeniu Rzeszowa kosztem okolicznych miejscowości. Taka forma protestu czy też innego zdania jest według mnie, jak to w tytule określiłem, łotrzykowską praktyką. Tak to skwitowali mieszkańcy Rzeszowa, a nawet mieszkańcy okolicznych miejscowości. Jest to poniekąd dowód ze strony wybranych reprezentantów lokalnych społeczności, wójtów gmin, na nadciągające zdziczenie obyczaju. Przy pomocy płatnych nośników medialnych uprawia się lokalną politykę. Niecna to praktyka i wprowadzanie niebezpiecznego obyczaju na lokalnym poziomie zamiast normalnej debaty ze społeczeństwem.

Poszerzenie Rzeszowa nie budzi z  punktu widzenia interesów województwa większych kontrowersji. Pozostaje do dysku , o które miejscowości poszerzyć Rzeszów. Uważam, że w miarę możliwości należałoby poszerzać stolicę województwa poprzez przyłączanie całych gmin. Mogłoby się to odbyć w ten sposób, że najbliższe Rzeszowowi miejscowości należałoby przyłączyć, a  pozostałe po likwidacji gminy dołączyć do innych samorządów, powiększając je w ten sposób. Jest to moje wstępne stanowisko w sprawie, nieodnoszące się do szczegółów. Sprawa wymaga specjalnej debaty ze specjalnym podejściem do sprawy. Dotychczasowy sposób poszerzania Rzeszowa sprawia wrażenie, i tak wielu to odbiera, że chodzi o osobistą zasługę przejścia do historii: „ja poszerzyłem Rzeszów”. Na to odpowiem przykładem, że od wielu lat noblistami z wielu ważnych dziedzin są zespoły naukowców, a nie jednostki, bo to takie czasy, że bez odniesienia do organizacji, grupy niewiele można uczynić.

Brakuje mi w  debacie o  wielkość Rzeszowa głosu samorządu województwa. To jakieś zaniechanie albo celowy cynizm od wielu kadencji, że nie uczestniczy w trudnej debacie. To mocny intelektualnie ośrodek reprezentowany w  sejmiku poprzez radnych z całego województwa. Czas na włączenie się do debaty, a nawet jej ukierunkowanie. Sadzę, że Rada Miasta Rzeszowa winna mieć wyższą rangę w  operacji przyłączenia miejscowości, choćby poprzez specjalną komisję złożoną ze wszystkich opcji, kierowaną naprzemiennie przez większość rządzącą, jak i też przez przedstawicieli opozycji. Oczekiwany byłby także głos wojewody podkarpackiego jako łącznika z  rządem naszego jednolitego państwa.

Musimy pamiętać, że Rzeszów od lat dysponował i dysponuje wielokrotnie większym potencjałem ekonomicznym i funkcjonalnym od rzeszowskich gmin, które wyżej cenię w obszarach życia społecznego. Niedoinwestowane organizacje społeczne od dziesiątków lat stanowią wzór na lokalność życia społecznego. Myślę o strażach pożarnych autentycznie ochotniczych, kołach gospodyń, które nie mają stosownego odpowiednika organizacji pań w Rzeszowie, orkiestrach dętych i innych organizacjach datujących się rodowodem niekiedy na XIX wiek.

Poszerzając Rzeszów, należy poszukać odpowiedzi na pytania, jak zadbać o  okaleczone samorządy, albo co pozostanie po zlikwidowanych samorządach. Na pewno musiałyby znaleźć się miejsca dobrej pracy dla pracowników po likwidowanych samorządach. Ci ludzie to świetni fachowcy, którzy muszą mieć zagwarantowaną przyszłość pracy choćby w instytucjach, które mogą być lokalizowane w  przyłączanych miejscowościach. Widzę lokalizację władz powiatu i innych instytucji w Trzebownisku. To bardzo złożony proces, który musi się odbyć jedynie z uwzględnieniem interesów wielu ludzi i organizacji. Należałoby także rozmawiać z biskupami i dekanatami, bo przecież zmiany organizacyjne może wesprzeć Kościół, stanowiący wzór organizacji o  korzeniach dwóch tysiącleci, co odzwierciedla Prawo kanoniczne jako przykład doskonałej kodyfikacji.

Reasumując, wszyscy, których może dotyczyć proces przyłączeń miejscowości do Rzeszowa, muszą mieć świadomość, że na tym zyskają. Takie przekonanie jest możliwe, pod warunkiem, że będzie to sukces nas wszystkich. Nie można takiej społecznej operacji, o inklinacjach na dziesięciolecia, rozpoczynać od łotrzykowskich praktyk w postaci akcji bilbordowej.

Edward SŁUPEK